Analiza składu #7, czyli tłusta pasta, czekolada bez cukru oraz kiełbaski.. wegańskie? z glutenem?

Chyba dość dawno była tutaj ostatnia „Analiza..”, tak więc przydałoby się znowu opublikować (aczkolwiek najpierw zresztą napisać) kolejny post z tej serii. Dzisiaj pod lupę mam zamiar wziąć trzy produkty, obym tylko zmieściła się w jakieś stosownej ilości słów 😉 Wiecie, jak się zacznę rozpisywać, to już trudno, abym prędko skończyła. Jednak na dworze jest przecież piękna pogoda, iż sama w sobie przyciąga do zostawienia komputera na biurku i wyjścia na spacer. Sama już jeden dzisiaj zaliczyłam, korzystam z 3-dniowego wolnego: egzaminów gimnazjalnych. W końcu chyba muszę w pełni wykorzystać dany mi czas, bowiem za równy rok to ja będę je pisać. 

Wracając natomiast do sedna, czyli trójki naszych dzisiejszych bohaterów. Kogo my tu mamy? Przede wszystkim tłusta, bardzo tłusta pasta w słoiku o smaku ziołowym, gdzie sam olej stanowi prawie 50%! Dodatkowo.. tak, kolejna czekolada, jednak tym razem bez cukru, bo słodzona fruktozą – czym natomiast jest ów „fruktoza”? O tym też się dowiemy. Czy ów produkt jest w ogóle zdrowszy od prawdziwej czekolady? Na „deser” (w tym przypadku wytrawny) zaserwuję Wam jeszcze kiełbaski sojowe klasyczne. To chyba możemy zaczynać, prawda? 😉


Smarowidło sojowe ziołowe „NaturAvena”. Tata gdzieś mi je kupił, choć nie mam już pojęcia, w jakim sklepie oraz po jakiej cenie można dany produkt nabyć. Mnie samą zaopatrzono w dwie wersje smakowe, opakowania 180 gram: pastę ziołową + pieczarkową, z czego ja zjadłam jedynie opisywaną dziś, pierwszą z nich. Mam jednak w stosunku do niej bardzo mieszane uczucia. Po otwarciu widać było olej, który wyszedł na powierzchnię. Pachniał on bardzo przyjemnie ziołami i przyprawami. W smaku również smarowidło było mocno aromatyczne, fajnie prezentowała się tutaj zwłaszcza część z granulatem sojowym. Niestety, praktycznie tuż po jej spożyciu – ok. 30 minut – okropnie rozbolał mnie brzuch, a pomimo tabletek nie chciał ustąpić, chciałam też wymiotować. Nie wiem jednak, czy to wina pasty, czy też jedzonych do niej warzyw. Uczucia te były jednak tak nieprzyjemne (pomimo dobrego smaku produktu w trakcie jedzenia) iż wątpię, że w miarę szybko sięgnę po pieczarkową.

 

                                        Kalorie          Białko         Tłuszcze       Węglowodany      Błonnik

100 g                               554 kcal          6,1 g              55,9 g            6,4 g                      —

Opakowanie (180 g)      997,2 kcal       10,98 g         100,62 g         11,52 g                   —

 

Skład: 47% olej kokosowy rafinowany, 38% granulat sojowy (odtłuszczona mąka sojowa), cebula prażona, olej rzepakowy, woda, 3% zioła (majeranek, oregano, kolendra, lubczyk), czosnek, imbir, sól morska.

W składzie na pierwszym miejscu olej kokosowy, o którym ja stworzyłam już niegdyś cały, obszerny tekst. Jednak niestety rafinowany, czyli ów pozbawiony większości wartości odżywczych, bezsmakowy, bezzapachowy oraz mocno-przetworzony. Cóż, gdyby jednak użyto tłoczonego na zimno, smak chyba śmiesznie komponowałby się z aromatem ziół i przypraw 🙂 Przejdę może od razu do nich, a następnie wrócę do pozostałych składników. Mamy tutaj majeranek, oregano, kolendrę, lubczyk, a także czosnek, imbir czy sól morską – jako ostatni element, więc musi być jej (na szczęście) niewiele. Są one zdrowe, korzystne dla naszego organizmu, toteż nie mam się w nich do czego przyczepić.

Dalej widzimy 38% granulatu sojowego. Co to jest? Mogliście zobaczyć go już w moim wakacyjnym haulu – jest on niczym innym, jak wysuszonymi drobinkami odtłuszczonej mąki sojowej, ów zaś otrzymuje się z soi, której spożywanie (jak wiecie z tekstów o tofu oraz mlekach) przynosi wiele korzyści dla naszego organizmu. W składzie, prócz wody, widzimy jeszcze cebulkę prażoną, zapewne na znajdującym się tuż za nią oleju rzepakowym (o obu z nich również pisałam, kliknijcie w linki, jeśli chcecie dowiedzieć się więcej 😀 ). W samej paście musiało być jej jednak bardzo malutko, bowiem ja nie wyczuwałam żadnych, bardziej wyróżniających się drobinek.

Jak przeanalizowałam powyżej, smarowidło firmy „NaturAvena” posiada bardzo czysty, porządny skład, nie znajdziemy w nim żadnych szkodliwych substancji. Może mój brzucha wynikał po prostu ze zjedzenia naraz zbyt dużej ilości, połączenia wielu smaków bądź kiepskiej jakości rzeczy, którymi ów pastę „dogryzałam”. Mimo wszystko jednak przebytą sytuację muszę uwzględnić w ogólnej ocenie produktu. Sam w sobie jest bardzo smaczny (ten ziołowy, próbowany przeze mnie), aromatyczny, zwłaszcza pyszna część z granulatu sojowego bądź już po wymieszaniu łyżeczką z tłuszczem. Dlatego daję mu ocenę 5, gdyż nie mogę wyżej – z możliwości spowodowania u mnie dolegliwości żołądkowych.

Oprócz zjedzenia go prosto ze słoiczka, można oczywiście pastę użyć do posmarowania: kanapek, wrapów, naleśników, placków czy omleta, jako tłusty dodatek np. kaszy tudzież „skwarki” do ziemniaków, kalafiora, fasolki szparagowej bądź innych warzyw. Jeśli chcecie, możecie też usmażyć coś na fajnym, smakowym oleju wytrąconym z wierzchu, a smaczny granulat wyjeść samodzielnie. Dodam jeszcze, że nasz bohater to produkt idealny zwłaszcza dla osób na diecie ketogenicznej, bowiem zawiera znikomą ilość węglowodanów, natomiast ogrom tłuszczy.


Czekolada gorzka słodzona fruktozą 70% kakao „Bartfan”. Ten produkt dostałam w ramach wielkanocnego prezentu od Wujka, choć już wcześniej stanowił on element jakiegoś podarku – to bowiem moje drugie zetknięcie z ów 50-gramową tabliczką o malutkich, ciemnobrązowych kosteczkach, które bardzo trudno „wydzielić” na równe części. Pomimo zaznaczenia, iż czekolada ma 70% kakao, dla mnie jednak była znacznie słodsza i osobiście myślałabym, iż jest nieco mniej procentowa 😉 W samym smaku dobra, przypominająca klasyczne, gorzkie czekolady – aczkolwiek wadą było to, że nie rozpuszczała się w ustach. Jednak ów właściwość trudno znaleźć ogólnie w ciemnych czekoladach. Spójrzcie jednak na etykietę, gdzie od razu producent informuje o wysokiej zawartości błonnika, niskim indeksie glikemicznym, korzyści płynącej z zamienienia sacharozy/glukozy na fruktozę, podaje także bardzo przydatną dla cukrzyków wiadomość o wymiennikach węglowodanowych w czekoladzie. Po drugiej stronie kartonika znajdziemy natomiast tabelkę kalorii i skład – zaraz sprawdzimy, czy faktycznie jest w porządku.

                                 Kalorie          Białko        Tłuszcze       Węglowodany        Błonnik

100 g                        571 kcal           7,1 g            43 g                34 g                         10 g

Tabliczka (50 g)    286 kcal           3,6 g           22 g                 17 g                          5 g

 

Skład: miazga kakaowa, fruktoza, tłuszcz kakaowy, emulgator – lecytyna sojowa, aromat. Masa kakaowa minimum 70%.

Na pierwszym miejscu miazga kakaowa, ale my wiemy, co to jest, prawda? Przecież stanowi nieodłączny element większości czekolad, na przykład tej „Peruvian 70%”. Prze-zdrowy proszek, rozkruszone bardzo drobno ziarna kakaowca. Jak wpływają na organizm? Przeczytajcie sami, w tekście o kakao. Tłuszcz kakaowy, znajdujący się w składzie na trzeciej pozycji, także był już opisywany. Przypomnę, że to właśnie on nadaje czekoladzie takiego charakterystycznego posmaku oraz uzależniających właściwości.

Emulgator, tutaj lecytyna sojowa, ma swoje miejsce chyba w każdej „Analizie..”. Ta nie jest co prawda najzdrowsza, miejmy tylko nadzieję, iż pochodzi ze sprawdzonej uprawy, z soi niemodyfikowanej genetycznie – wtedy przynajmniej nie wniesie bardziej negatywnych skutków do naszego organizmu. Okej, na końcu listy widzimy także aromat, w czekoladach to najczęściej waniliowy, aczkolwiek tutaj nie mamy tego doprecyzowanego. Przejdźmy jednak szybko na drugie miejsce w składzie, gdzie widnieje właśnie fruktoza. To naturalny cukier owocowy (prosty), który występuje przede wszystkim w owocach czy w miodzie.

Posiada niski indeks glikemiczny (20), nie poleca się jednak zastępowanie nią innych rodzajów cukru (którego pod taką postacią nie powinno być w naszej diecie), bowiem jest równie szkodliwa, zwłaszcza w większych ilościach. Obecnie natomiast dodawana do znacznej grupy produktów spożywczych, przez co współczesne społeczeństwo spożywa ją w zdecydowanym nadmiarze – powoduje ona bardzo poważne choroby, m.in. nowotwory, dolegliwości serca, układu krążenia, otyłość, stłuszczenie wątroby, osłabienie pracy mózgu, problemy z pamięcią, Alzheimera, artretyzm, dnę moczanową, a przede wszystkim – oraz o dziwo – cukrzycę typu 2!! Dodam jeszcze od siebie, iż jeśli szukacie NAPRAWDĘ zdrowego zamiennika cukru, najlepszy zdecydowanie jest opisywany już przeze mnie ksylitol oraz stewia.

Widzimy więc, iż pomimo krótkiego składu czekolada nie jest taka super i nie ma sensu za nią przepłacać, kiedy na rynku możemy znaleźć znacznie więcej lepszych (i tańszych) produktów tego typu. Smakiem także się nie wyróżnia, z łatwością jestem wskazać pyszniejsze, ciemne tabliczki. Dlatego muszę dość surowo potraktować ją ze swoją oceną, która w tym przypadku będzie wynosić jedynie 3/6.

Sprawdzi się wszędzie tam, gdzie inne czekolady (jeśli mówimy o kuchennych zastosowaniach): w owsiankach, papkach, omletach, plackach, wypiekach, do stworzenia czekoladowego sosu, oczywiście też samodzielnego zajadania, w tostach, ciastach, ciasteczkach. Ja wykorzystałam ją przede wszystkim jako element polewy do pysznego dania w słoiku, na który przepis znajdziecie od koniec dzisiejszego tekstu. Mieszankę ów nazwałam „Tofu-Musli marynowane”, bowiem stworzyłam ją na bazie mleka sojowo-ryżowego ugniecionego z połówką tego właśnie serka sojowego, sypnęłam ulubionej granoli, wrzuciłam dodatki.. – spójrzcie zresztą sami!


Parówki sojowe „Polsoja” classic. Opakowanie 200-gramowe zawiera 4, 50-gramowe kiełbaski, z których każda owinięta jest w cienką, niejadalną rzecz jasna folijkę, posiada jasnobrązową skórkę, kremowo-różowy środek i z wyglądu autentycznie przypomina prawdziwą kiełbaskę (kiedyś moi dziadkowie się nawet nabrali i potem dzwonili do Mamy pytając, czy przypadkiem nie zjedli czegoś mojego 😉 ). Pachnie bardzo aromatycznie, przyprawami, tak też smakuje – jest dość wyrazista. Produkt ten znaleźć można już w większości lepszych spożywczaków, m.in. w Tesco, Kauflandzie, Auchan, Carrefourze czy Sparze, w internecie cena takiego opakowania wynosi ok. 8-9 złotych. Oprócz prezentowanej wersji klasycznej, ja natrafiłam także na: śniadaniowe, z chilli, wędzone. Na etykiecie producent poinformował nas, iż stanowią one ponoć świetną alternatywę dla mięsa, zawierają sporo białka, mało cukrów i tłuszczy nasyconych, a nadają się do spożycia jedynie po podgrzaniu.

                                      Kalorie        Białko         Tłuszcze         Węglowodany         Błonnik

100 g                             180 kcal        17,8 g            8,9 g                  6,8 g                        0,9 g

Porcja (1 szt. – 50 g)    90 kcal         8,9 g             4,5 g                  3,4 g                        0,5 g

 

Skład: woda, białko sojowe (11%), olej rzepakowy, białko pszenne, skrobia, aromaty (soja), ekstrakty przypraw, sól, substancja zagęszczająca: karagen, błonnik cytrusowy.

Pierwsze miejsce dumnie zajmuje woda, na drugim natomiast mamy białko sojowe, czyli koncentrat czystego białka, tutaj pochodzącego z ziaren soi. Kiedy ona jest niemodyfikowana genetycznie, ów element nie jest szkodliwy, bowiem można kupić go m.in. w sklepach dla kulturystów/z odżywkami, także w różnych wariacjach smakowych. Jeśli pamiętacie, białko sojowe znajdowało się już podczas pierwszej „Analizy..”, w proteinowym batoniku Legalized. Dalej mamy olej rzepakowy i – uwaga, uwaga! – białko pszenne. Kolejna porcja ów makroskładnika, dokładnie w takiej samej formie, co sojowe – w postaci proszku, tzw. izolatu. Pamiętajcie tylko, iż ów składnik od razu przekreśla bezglutenowość kiełbasek, gdyż pszenica go w sobie zawiera, ba!, białko pszenne to gluten w czystej postaci.

O skrobi pisałam już tutaj, naturalnie występuje m.in. w ziemniakach czy produktach zbożowych. Stanowi substancję zapasową (wiecie to z tekstu na temat węglowodanów), nie mamy się jej co obawiać w jedzeniu chyba, iż jest modyfikowana genetycznie – jednak producent ma obowiązek nas o tym poinformować. Dalej natomiast mamy aromat. Dziwi mnie, iż w nawiasie podana jest soja. Długo szukałam po internecie, jednak nie znalazłam nic na temat ów strączka w postaci właśnie aromatu. Po nim widnieją ekstrakty przypraw (nie wiemy jakich – czuć je, bowiem kiełbaski są bardzo wyraziste w smaku), tradycyjna sól oraz dwie „bardziej niepokojące” nazwy. Nimi zajmiemy się za chwilę.

Karagen omawiałam w przypadku roślinnego jogurtu waniliowego. Uwaga!! Sama zapomniałam, jednak krótka lektura tamtego postu odświeżyła mi umysł – jest on bardzo, bardzo niebezpieczny dla naszego zdrowia, powoduje m.in. nowotwory, wrzody, wstrzykuje się go też w mięso, aby sztucznie powiększyć jego objętość, „napompować” je. Ostatni element składu to błonnik pozyskiwany w tym przypadku z owoców cytrusowych, dodatkowo uzupełniający tak jakby produkt. W końcu z przedostatniego „Kompendium..” wiecie, iż warto, żeby w naszej diecie znalazła się spora porcja owej substancji, bowiem wpływa on korzystnie zwłaszcza na trawienie + pracę układu pokarmowego.

Hmm.., ów kiełbaski osobiście smakują mi jedynie w różnorakich potrawach, np. koktajlu (tak!, powyżej), tostach (pod przepisem), upieczone w cieście francuskim bądź podduszone w tej tutaj misce szczęścia. Są dość wyraziste, aromatyczne, jednak ja nie zjadłabym ich samodzielnie – takie suche i nudne, nawet z wegańskim majonezem bądź ketchupem. Oprócz tego, fajnie sprawdzą się w zupach (-kremach), sosach, grillowane, smażone, jako dodatek lecza/gulaszu/potrawki tudzież dania pieczonego, w hot-dogach, naleśnikach, cieście.

Czy jednak warto w ogóle włączyć produkt „Polsoi” do naszego menu, kiedy jego skład.. no, nie jest za ciekawy. Myślałam, że ujdzie pomimo zawartości glutenu, niezidentyfikowanego aromatu z soi, tajemniczych przypraw oraz dziwnego błonnika z owoców cytrusowych, kiedy zaś przypomniałam sobie, czym jest karagen..! Nie, smak aż tak mnie nie oczarował, cena również nie powala na kolana -> dlatego parówki sojowe klasyczne dostają ode mnie jedynie ocenę 2.


Tofu Musli-marynowane
Wydruk przepisu
Płatki w kremowym, gęstym mleku z dodatkiem czekolady oraz zanurzone w ulubionym słoiku (po czymś)
Porcje Czas przygotowania
1 porcja 20-25 minut
Porcje Czas przygotowania
1 porcja 20-25 minut
Tofu Musli-marynowane
Wydruk przepisu
Płatki w kremowym, gęstym mleku z dodatkiem czekolady oraz zanurzone w ulubionym słoiku (po czymś)
Porcje Czas przygotowania
1 porcja 20-25 minut
Porcje Czas przygotowania
1 porcja 20-25 minut
Składniki
Porcje: porcja
Sposób przygotowania
  1. Tofu wkładamy do garnuszka, zalewamy mlekiem, a składniki te bardzo niedokładnie ugniatamy za pomocą widelca bądź ugniataczki (będzie łatwiej), aby pozostały mniejsze i większe grudki. Przykrywamy, wstawiamy na gaz, aż całość będzie w 100-procentach gorąca (nawet zacznie bulgotać).
  2. W międzyczasie w rondelku, również pod pokrywką podgrzewamy mleczko kokosowe. Kolejno dodajemy do niego 3 kostki czekolady, gotujemy ok. 6-7 minut, aż stworzy się z tego rzadka, lejąca, lśniąca polewa. Następnie łączymy ją z 15-20 gram musu kokosowego, dokładnie, dolewając wrzątku dla nadania odpowiedniej konsystencji.
  3. Teraz wracamy do naszego (gorącego już) tofu-mleka. Dorzucamy do niego ok. 30-35 gram płatków musli, mieszamy i trzymamy na ogniu ostatnie 3-5 minut. Teraz sięgamy po nasz słoik oblepiony resztkami ulubionego kremu - np. orzechowego masła, jak w moim przypadku. Na dno wsypujemy resztę chrupiących płatków oraz wlewamy nieco ponad 1/4 czekoladowej polewy.
  4. Kolejno kładziemy pozostały mus kokosowy, następne ciut więcej niż 1/4 czekoladowej masy. Dalej przyszedł czas na całą część "marynowaną", którą zalewamy ostatnią porcją polewy kokosowo-czekoladowej. W wierzch pysznego, kremowego dania wbijamy jeszcze odłożoną kostkę czekolady + daktyla. Zajadamy na gorąco, naprawdę od razu, już po przyrządzeniu. Smacznego!!
Pozostałe informacje

Uwielbiam zakańczać słoiki, bowiem w nich wszelkie papki czy owsianki smakują zdecydowanie najlepiej! Dodatkowo sami pomyślcie tylko, że łyżką nie wyjmiecie całej jego zawartości, więc trochę się zmarnuje - w ten sposób natomiast nie wyrzucicie ani grama cennego kremu 😉 Wiadomo jednak, że pełny słój tak szybko się nie skończy, dlatego jeśli akurat dopiero co otwarliście masło orzechowe, wtedy wystarczy odmierzyć jego odpowiednią ilość i za pomocą długiej łyżki poobklejać na ściankach oraz dnie czystego, ulubionego naczynia. W końcu dzisiejszy przepis jest tak pyszny, iż nie warto zwlekać z jego wykonaniem!

Jeśli nie macie akurat mieszanki musli/granoli (ja użyłam tej prezentowanej w tekście o płatkach kukurydzianych), w zupełności sprawdzą się zwykłe płatki, najlepiej takie chrupiące, wymieszane z posiadanymi akurat w domu orzechami, nasionami czy suszonymi owocami, a nawet np. ryż preparowany. Możecie również połowę z nich podmienić na ugotowanego strączka (fasolkę, ciecierzycę..) - uwierzcie, papka wtedy będzie równie smaczna! Jedyne, z czego nie możecie zrezygnować, to zdecydowanie nadające całego sensu tofu: marynowane. Oraz rzecz jasna słoik oblepiony masłem/kremem ze wszystkich stron. Polecam natomiast eksperymentować z mlekami 😉 świetnie wyjdzie zwłaszcza waniliowe, a także np. czekoladowe, truskawkowe bądź.. bananowe?

Poniżej natomiast rozkład makro. Spójrzcie tylko, ile tutaj białeczka!

  • 1132 kalorie
  • 36,34 gram białka
  • 76,43 gram tłuszczy
  • 68,01 gram węglowodanów

Czas już chyba, aby zakończyć dzisiejszy tekst, prawda? Znowu wyszło mi tyylee znaków! Mam nadzieję, że przepis przypadł Wam do gustu (równie mocno, jak mi) i wykonacie go w najbliższym czasie, korzystając z ulubionej mieszanki musli (w sumie, muszę kiedyś sięgnąć po jakieś właśnie do „Analizy..”). Jak tam, mieliście styczność z którymkolwiek z dzisiejszych bohaterów? Niekoniecznie dokładnie identycznej marki, ale np. inną czekoladą bez cukru w postaci sacharozy, kiełbaskami nie od prezentowanej przez mnie firmy bądź podobnymi pastami? Możecie mi napisać, co Wy o nich sądzicie, czy macie jakieś doświadczenia bądź polecane przepisy. Ja już się z Wami jak na dzisiaj żegnam i szykujcie się teraz na porcję „postów produktowych”, gdyż ostatnio głównie skupiłam się na innych kategoriach 😉