Czym jest dla mnie weganizm?

No, znowu sporo mnie tutaj nie było, ale obiecuję poprawić się i pisać więcej, zwłaszcza, że za dokładnie 4 dni mam już oficjalnie wolne, wakacje i.. no, więcej czasu 😉

Dziś jednak nie opiszę żadnego spożywczego produktu, nie będzie przepisu, podróży czy zakupowego haulu. Chciałabym podzielić się z Wami czymś w stylu moich odczuć czy przemyśleń na temat weganizmu, jest to również w pewnym sensie apel do osób przebywających zarówno ze mną, choć myślę, że inni roślinożercy w tym temacie akurat będą mogli się zgodzić z tym, co napiszę.

Sama na weganizm przeszłam dopiero niedawno, w sumie chciałam znacznie wcześniej, ale nakłonienie Rodziców do takiej radykalnej zmiany (zwłaszcza w typowo mięsożernym domu) to – wierzcie mi – bardzo trudna sztuka 🙂 Na szczęście uzyskałam zgodę, a była to decyzja jak najbardziej świadoma i przemyślana. Wiedziałam, że ja już dłużej nie mogę robić czegoś, co jest sprzeczne z moimi przekonaniami. W końcu sentyment do zwierząt miałam od zawsze, pamiętam, że w sumie do niedawna nawet kolekcjonowałam figurki m.in. świnek, toteż obecnie posiadam całkiem sporą kolekcję. Cały czas jednak nie mogę powstrzymać się od płaczu, gdy widzę bezpańskiego psa, a na filmach najbardziej żałuję umierających zwierząt.

Wracając! Po jakiś dwóch tygodniach od tej zmiany, dodatkowo co do słuszności mojej decyzji przekonały mnie dwa wykłady na YouTube, z których dowiedziałam się naprawdę wielu niemieszczących mi się wcześniej w głowie rzeczy. Jeszcze bardziej czułam, że weganizm to obecnie najlepsze dla mnie rozwiązanie. W sumie – podlinkuję wideo, może ktoś jest ciekawy:

Oraz drugie:


Potem pojawił się kolejny problem – reszta rodziny, w której dosłownie NIKT nie jest weganinem, ba!, nawet wegetarianinem. Po jakimś czasie dopiero uświadomiłam sobie, że czego ja się w końcu boję. Przecież jestem przekonana, że podążam właściwą drogą, moja decyzja jest słuszna, a na poparcie mam wiele argumentów. I nikt nie może kazać mi siłą zjeść ani mięsa, ani produktów pochodzących od zwierząt! Jeśli ktoś z Was znajduje się w podobnej sytuacji, może warto przemyśleć temat – czy wstydzę się, że jestem weganinem? to dlaczego to robię, jeśli tak? a jeśli nie, w sumie jaki jest powód, że boję się wypowiedzieć? czy ktoś mnie wyśmieje lub zmusi do zjedzenia czegoś odzwierzęcego? jeśli tak, to może warto zmienić towarzystwo, jak nie szanują mojej decyzji?

Jest też przecież pozytywna wersja: przekonamy kogoś do kuchni roślinnej, np. serwując smaczne danie, dzieląc się powyższym wykładem lub samemu argumentując nasz wybór. Im więcej wegan, tym lepiej! Jeśli Wam się uda – ode mnie wielki plusik oraz piąteczka 😀

Kiedy jesz dwie zapiekanki w tym samym miejscu i w tym samym dniu 😉 Toruń, czerwiec 2017

Jednak to nie jest głównym tematem mojego wpisu. Otóż ciągle jeszcze o tym, że jestem na diecie roślinnej, dowiadują się coraz to nowe osoby, z którymi jeszcze nie miałam okazji się widzieć przez te kilka miesięcy. Reakcja jest zwykle ta sama: trochę zdziwienie, próba przekonania mnie do natychmiastowej zmiany decyzji, czasem podnoszenie rąk do góry i coś na kształt lamentu 😉

To nic. Nic, nic, nic! W moim dzisiejszym apelu chcę zwrócić uwagę na pewne zachowania niektórych ludzi, którzy w pewien sposób wyśmiewają lub „nie rozumieją” mojego – naszego (weganie, jednoczmy się!) – podejścia do zwierząt. Nie chodzi mi tutaj w żadnym wypadku o rozsądną dyskusję, włącznie z argumentacją obu stron, utrzymując naturalny ton głosu oraz mając do siebie szacunek. Nie mam na myśli też zabawnych, sympatycznych można by powiedzieć tekstów, z których nawet ja nieraz się pośmieję.

Chodzi mi o np. wiedzę, że jestem weganką – a mimo to „wciskanie” mi na siłę powiedzmy ciasta czy mięsa, a kiedy odmówię, jawne oburzanie się, niemiłe odpowiedzi, krytykę i coś w stylu braku tolerancji. Nie wiem, jak to określić, ale na pewno każdy weganin bardzo często musiał się mierzyć z podobnymi sytuacjami. Kiedy jest – prawdę mówiąc – przykro. Wyczucie z tonu głosu intencji nie jest, wbrew pozorom, trudne. Jak stanę się bohaterką takiego zdarzenia, mam ochotę po prostu wyjść i nie wracać.

Dlatego proszę Was, wszyscy mięsożercy i osoby przebywające z roślinożercami, nie wyśmiewajcie, nie „hejtujcie” naszego podejścia do życia. Może owszem, nie mam tak silnego charakteru, aby znosić te wszystkie docinki – lecz czy to powód, żeby tak się w stosunku do mojego weganizmu zachowywać? Nie musicie się z tym zgadzać, nie musicie tego lubić, ale proszę Was o szacunek, choćby tylko wtedy, kiedy jesteśmy razem i po prostu moje poglądy nie są zgodne ze zjedzeniem tego schabowego. Tak jak ja staram się tolerować, kiedy ktoś przy mnie je np. ciasto czy przyrządza mięso, tak i Wy spróbujcie powstrzymać chęć dodania niemiłych półsłówek czy nawet jawnie mówionych zdań.

Aha, jeszcze jedno: nie wiem, jak innych wegan, ale mnie strasznie denerwują zadawane pytania, co mi się stało, że tak ogłupłam (lub coś w tym stylu) i kiedy wreszcie zmądrzeję. Więc, aby podobne komentarze się już nigdy nie powtórzyły, to publicznie teraz na nie odpowiem.

Kiedy „zdurniałam”? Wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że istnieje coś takiego jak weganizm oraz zobaczyłam filmik z rzeźni czy fabryki mleczarskiej. Kiedy dowiedziałam się, jak są tam traktowane zwierzęta. Kiedy uświadomiłam sobie, że nie muszę łamać przykazania „nie zabijaj”, a jest to proste – dzięki wielu wegańskim produktum obecnym na rynku. Oraz wtedy, kiedy poczułam, że po mięsie i produktach odzwierzęcych jest mi ciężko, niedobrze, nie mam na nic siły, moje samopoczucie bez powodu było zdecydowanie poniżej normy – a gdy zostałam roślinożercą, od razu wszystko to się polepszyło.

To główne (lecz nie jedyne) powody.

A kiedy wreszcie wrócę na „właściwą” drogę? Cóż, kochani mięsożercy uwielbiający dokuczać weganom, ja właśnie jestem na właściwej drodze 🙂 więc jeśli macie na myśli powrót do starych nawyków – zmartwię Was, bo nigdy. Czuję się dobrze w moim ciele oraz ze świadomością, że przeze mnie nie będzie cierpieć już żadne zwierzę. Bo one też mają uczucia! Nie tylko ma je Nana, mój ukochany pies, witająca mnie merdaniem czy popiskiwaniem z radością, a popadająca w otępienie, gdy muszę wyjechać. Ma je – i to równie mocno rozwinięte – zarówno świnka, krowa, kura, a nawet ta ryba, która przez większość nie jest uważana za mięso!

Uff.. To by było na tyle 😉 Nie spodziewałam się, że „pogadankowym” tekstem dobiję niemalże tysiąca słów! Mam jednak nadzieję, że – choć tematu oczywiście nie wyczerpałam – w pewien sposób uświadomiłam Wam, że czasem może warto powstrzymać się od niezdrowych docinków, bo weganizm nie jest jakimś „widzimisię”. Weganizm to cząstka mnie, a właściwie całkiem spory fragment duszy – zapewne jest tak też u innych roślinożerców. Więc ostatni raz apeluję – pamiętajcie, aby przemyśleć, zanim coś niefajnego powiecie. Pomyślcie, że to coś w tym stylu, jakby ktoś mówił tak o czymś, co dla Was jest bardzo ważne, ale tak mocno, szczerze..

PS. Wszystkim oczywiście miłego, prze-gorącego oraz słonecznego dnia! I nie obawiajcie się, następne teksty powinny mieć już normalną formę 😉