Recenzja #1: „SmartVegan” –> kto skorzysta najbardziej na nowej, roślinnej pozycji?

Ostatnio dotarła do mnie zamówiona w przedsprzedaży książka „SmartVegan” od Aśki Rzeźnik „Mortycji”, którą na pewno kojarzycie z jej świetnego bloga. Co do kupna byłam przekonana już wcześniej, zwłaszcza, że jestem redaktorką (jeśli można to tak nazwać) na facebookowej stronie i grupie „Weganizujemy Polskę”, toteż z założenia mam do autorki pewien „sentyment” 😉

Lektura znalazła się w moim domu bardzo szybko, tak naprawdę chyba dzień po premierze, dlatego na kurierów nie miałam nawet czasu narzekać. Ba, nie miałam czasu, aby zajrzeć do tego cudeńka wcześniej, jak kilka dni temu! Wyglądało ono naprawdę stabilnie. Okładka była wyjątkowo gruba, jeśliby spojrzeć na ogólne wymiary samej książki, bodajże mającej nieco ponad 250 stron.

Patrząc na zawartość, zdecydowany plus stanowi spora porcja informacji praktycznych, jeszcze przed częścią z przepisami. Co do treści, to według mnie jest ona napisana bardzo prostym językiem, a wiadomości przydadzą się zdecydowanie naprawdę, naprawdę początkującym roślinożercom. Ja na przykład w weganizmie już siedzę na tyle długo, że praktycznie nic nie stanowiło dla mnie większego zaskoczenia. Bardzo jednak wpadły mi w oko zwłaszcza:

  • lista odzwierzęcych składników, które należy omijać w sklepie szerokim łukiem
  • dokładne opisanie zamienników mięsa czy jajek
  • oraz sporo informacji na temat mlek roślinnych

Oprócz tego dowiemy się z lektury, jak zacząć jeść więcej warzyw, co powinno znajdować się w spiżarni każdego roślinożercy, jak poradzić sobie z tofu, co zrobić, aby nie marnować resztek czy gdzie szukać – składników do potraw, inspiracji, a także pomysłów na różnorakie dania kuchni roślinnej. No i oczywiście wiele, wiele innych informacji, jednak wszystkich tutaj nie wypiszę, aby Wam nie „spoilerować” – jeśli jeszcze nie zagłębiliście się w „SmartVegan”.

Wspomnę tylko, że na samiutkim końcu znajdował się przygotowany przez dietetyka jadłospis na 5 dni, na 2000 kalorii, bazujący głównie na książkowych przepisach. Na pewno takie coś przyda się, gdy nie do końca jeszcze wiecie, jak komponować zestawienia dań w swojej kuchni roślinnej.

Jeśli jednak jesteśmy już przy przepisach, to podzielone są one na kategorie symbolizujące posiłki: śniadania, obiady, kolacje itp. Plusem jest zdecydowanie podana kaloryczność całego dania, czego nie ma w innych książkach, a bardzo się przydaje, gdy liczymy makro. No bo wiecie, takie wpisywanie dokładnego przepisu do Fitatu bywa męczące, jak i czasochłonne – zwłaszcza, gdy zawiera on sporo składników.

Zdjęcia są natomiast takie, jakich ja nigdy nie nauczę się robić 😉 Szkoda tylko, że nie wszystkie dania mają swoją fotografię, gdyż bardzo chce się wiedzieć przed zrobieniem danej potrawy, jak ona będzie wyglądać. Jednak wiem już, dlaczego tak postąpiono. Otóż dzisiaj rano upichciłam sobie na śniadanie „Jaglankę na słono” i powiem Wam, że co jak co, ale fotogeniczna to ona nie jest. Spójrzcie tylko na poniższe zdjęcie, ja i tak ukryłam ją w miseczce, zasypałam dynią, papryką oraz pomidorem, jednak gdyby wyłożyć ją na talerz, to mało osób skusiłoby się po samym wyglądzie 😉

Wracając do przepisów, to znalazłam jeszcze jeden, jak dla mnie dosyć ważny minus. Mianowicie, nie przy wszystkich daniach podana jest liczba porcji, na ile potrawa ta jest dzielona. Przyjrzyjmy się na przykład mojej jaglance. W ilości składników widać, że potrzeba „pół kubka płatków jaglanych (130g)”. Zdziwiło mnie to strasznie, gdyż ja używam zawsze około 40-50 gram owego produktu, co zdecydowanie mi wystarcza. Ba, najdziwniejsze w tym jest to, że te 50 gram zapełnia połowę posiadanego przeze mnie kubka!

W sytuacji dzisiejszego śniadania postanowiłam zamiast 130 użyć 60. Powiem Wam, że ilość ta przerosła moje oczekiwania, gdyż ledwie udało mi się zapchać największą w mojej kolekcji miskę! Nie wiem więc, czy to po prostu Aśka tyle zjada na śniadanie 😉 czy faktycznie porcja przeznaczona jest dla dwóch osób, jednak nie podano tej informacji.

Taki sam problem (co do obliczania ilości dania) na pewno wystąpi również zwłaszcza przy pasztecikach, na które są dwa przepisy. Nie podano, ile wychodzi sztuk, co sprawi kłopot na przykład podczas przygotowań na jakąś imprezę, kiedy nie wiemy, czy nie zrobić przypadkiem z podwójnej porcji, bo przychodzi mnóstwo gości. Albo wręcz przeciwne, będzie to kameralne spotkanie, a nie chcemy, by coś zostało (a potem wiadomo, że nikt nie lubi dojadać resztek).

Na zdjęciu powyżej widzicie natomiast drugi z przepisów, który postanowiłam przetestować do tego wpisu – owsiane mleko czekoladowe. Tutaj nieco zdziwiło mnie, że ilość podana jest na „dwie porcje GĘSTEGO mleka”. Dwie, zgadzam się, jednak zdziwiło mnie słowo „gęstego”, ponieważ w sposobie wykonania wyraźnie napisane jest, że pulpę trzeba odcedzić. Co do smaku zaś, to jest ono bardzo, bardzo, przesłodkie, zasmakuje na pewno tym, którzy nie są na mocno wyczuleni na słodycz, jak ja.

Powróćmy pod koniec jeszcze do naszej jaglanki, ponieważ nie oceniłam jej smaku, o ile dobrze sobie przypominam. Tutaj uwaga – pomimo niezbyt ciekawego wygląda, była PRZECUDNA! Na początku dość sceptycznie podchodziłam do tego przepisu i zastanawiałam się, czy w ogóle ją robić. Jednak po przyrządzeniu okazało się, że to coś wyśmienitego zarówno w smaku, jak i konsystencji (zwłaszcza dla miłośniczek papek, którą jestem). Na pewno jeszcze nie raz zagości na moim stole, już myślę, jak tu ją nieco zmodyfikować przy następnym podejściu 😉

Pulpa po odcedzeniu owsianego mleka czekoladowego

Podsumowując, książka „SmartVegan” to baza do kuchni roślinnej idealna przede wszystkim dla osób, które dopiero mają zamiar na ten weganizm przejść, a nie za bardzo wiedzą, jak się w tym wszystkim odnaleźć, połapać. Tutaj znajdą po kolei, prostym językiem napisane krótkie informacje, dzięki którym mają szansę przeżyć tę zmianę bez większych „obrażeń” 🙂 Ja natomiast już jestem w miarę doświadczonym roślinożercą, dlatego u mnie owa lektura jedynie tą wiedzę ugruntowała. W przepisach natomiast każdy znajdzie inspiracje, nawet ja mam już kilka wybranych dań, co to mam je zamiar w najbliższej przyszłości przetestować 😀

A o ile przypominam sobie oglądane przeze mnie książki o kuchni roślinnej, to ta jest jak na razie najlepszym (i chyba jedynym) kompendium wiedzy dla początkujących wegan albo nawet i dla tych, którzy jeszcze nie przeszli na takową dietę. Myślę, że rozwieje ona ich wątpliwości..

..a moja recenzja oraz przykłady przygotowanych dań pozwoli podjąć decyzję tym, którzy wciąż zastanawiają się nas zakupem pozycji „SmartVegan”. Udanej niedzieli!