Rumunia kulinarnie, czyli „mały” haul –> co wzięłam, co przywiozłam i gdzie jadłam

Oj, to będzie długi wpis, do tego o jedzeniu, dlatego – jeśli jeszcze tego nie zrobiliście – lećcie natychmiast po jakąś przegryzkę, kawę czy chrupki, bo na pewno zgłodniejecie 😉

W walizce..

Ale dobrze, zacznijmy od tego, co wzięłam na nasz rumuński wyjazd. Jak widać, był tego pełny stół..

.. gdyż Mama oczywiście martwiła się, że w takim kraju to ja – weganka – w ogóle nie będę miała co jeść. Jej przypuszczenia w sumie się nie sprawdziły, lecz o tym później. Najpierw krótko wypiszę, co widać na tym ogromnym, kuchennym stole: hummusy, hummusy z paluszkami, wegańskie krówki, „chipsy” jabłkowe i warzywne, orzechy, owsianki, płatki, jogurty, kotlety sojowe, tahiny smakowe, dżem rabarbarowy, puszki strączków, twarożek z ziołami do smarowania, zdrowe batony, kotlety warzywne, masło migdałowe, krem krówkowy oraz lakier, zmywacz i waciki, które znalazły się tam zupełnie przypadkowo.

Łatwo się oczywiście domyślić, że większość tych produktów znajduje się obecnie w naszych szafkach i lodówce, jeszcze nie napoczęta. Zniknęły natomiast strączki, owsianki w kubeczkach, połowa batonów, „chipsy”, hummusy, kotlety warzywne, jogurty – czyli w większości rzeczy, które powrotu do domu by nie wytrzymały.

Jedzenie na miejscu..

Zacznijmy może od tego, że okropnie dziwią mnie kraje typu Rumunia właśnie, Węgry czy Czechy, gdzie trudno, naprawdę ciężko znaleźć w restauracji wegańską opcję, a na całe duże miasto jest maksymalnie jedna roślinna miejscówka. Sklepy spożywcze natomiast aż uginają się pod ciężarem tofu, wielosmakowych mlek czy jogurtów, kotletów, kiełbasek, lodów oraz produktów, o których zwykli, polscy śmiertelnicy nie mogą nawet pomarzyć.

Natomiast w naszym kraju roślinnych knajp jest.. no, wysyp, natomiast markety cały czas mają praktycznie tę samą, nieco ubogą ofertę 🙁

Na zdjęciu powyżej widać przykładowy początek mojego dnia – w drugim wypadku naszego, uprzedzam, Rodzice nie są weganami, nawet wegetarianami. Mój poranny talerz to jednak zdecydowanie praktycznie same węglowodany. Tosty, warzywa, owoce, dżemy, suche płatki owsiane.. Raz tylko zdarzyło się, aby hotel posiadał mleko sojowe do owsianki. O ile na początku faktycznie mi się podobało, o tyle już w połowie drugiego tygodnia tęsknie przypominałam sobie tworzone przeze mnie każdego ranka cuda.

W restauracji powyżej byliśmy dwa razy, gdyż miała dwie wegańskie zupy i np. taką fasolkę ze zdjęcia drugiego. Aha, żeby nie było, że jestem taka 100% fit, to zjadłam do niej frytki (!), na które szczerze, to od dawna miałam już ochotę. Na pierwszym zdjęciu widać natomiast zupę krem z soczewicy z grzankami i miętą, której chyba był tylko ten jeden listek 😉 Ogólnie nie lubię zbytnio miętowego smaku, więc mi się to akurat podobało.

Przegląd jedynej roślinnej, rumuńskiej zupy (a i tak trzeba pytać się o skład) – ciorba di legume. Oczywiście zjadłam jej znacznie, znacznie więcej 😀 Zawsze wyglądała i smakowała praktycznie tak samo, a za chleb oczywiście należało dopłacić.

W Bukareszcie udało nam się znaleźć jedyną chyba, wegańską knajpkę! Z radością wzięłam twarożek z nerkowców (w którego główny składnik Mama nie mogła uwierzyć) oraz takie a’la paszteciki – ze szpinakiem i grzybami. Był to – szczerze powiem – najdroższy posiłek w Rumunii, na dodatek przeceniłam swoje siły i jednego pasztecika trzeba było zabrać ze sobą do hotelu.

Ostatnie dwa udokumentowane obiady, to przepyszna (najlepszy posiłek zamawiany chyba!) sałatka z salad box oraz kanapka z falafelem, awokado, ketchupem i wszystkimi warzywami z subway. Oprócz tego byliśmy też ze dwa razy w auto-obsłudze, czy jak to się tam nazywa, ponieważ wtedy mogłam wybrać sobie coś wegańskiego. Próbowałam również rumuńskiej mamałygi, past i.. już nie pamiętam, ale tego typu rzeczy 😀 Przejdźmy zatem do kolejnej, najdłuższej kategorii.

Produkty sklepowe..

Tego było naprawdę sporo. Co prawda nie wszystko zostało udokumentowane. Zacznijmy może od 4-sekundowego filmiku z otwierania warzywnych klopsów 😉 Po kliknięciu w link poniżej.

IMG_4296

Zanim przejdziemy do zdjęć, to może najpierw krótko o tym, co jadłam, a na nich nie ma. Jest to m. in. jogurt Yofu naturalny od firmy Alpro, który jak dotąd jest najlepszym tego typu produktem, jaki jadłam. Z „nabiału” była jeszcze paczka 4 deserków tejże firmy, o smaku gorzkiej czekolady. Z tego co wiem, w Polsce są wanilia i kokos, oba smaki próbowałam. W sumie nie mogę uwierzyć, jakim cudem żaden z tych przysmaków nie załapał się na fotografiach 🙂

Nie próbowałam natomiast chrupek orzechowych z super składem, które przywiozłam do Polski, ale zapomniałam, aby wyciągnąć je do „sesji”. Na pewno przetestuję na Instagramie i dam znać, jak smakowały!

Jeśli już jesteśmy przy tym portalu, to wczoraj zamieściłam zdjęcie chleba, które podbił moje serce. Jest on – nie przesłyszeliście się – z paczki, ale ma fajny skład, a smakuje.. no, cudo świata..

 

Jak natomiast widzicie na obrazku głównym, jest tam najpyszniejszy baton na świecie. Widziałam różne smaki, bez czekolady – wegańskie, z czekoladą – wegetariańskie, a miałam okazję spróbować właśnie ten jagodowy oraz z orzechami pekan. Masakra, jakie to dobre! Niestety, nie obłowiłam się nimi, gdyż jeden kosztował chyba 7 złotych w przeliczeniu, lecz jeśli ktoś z Was będzie w Rumunii, to dam się za te batony pokroić 😀 W sumie, może będą przez internet?


GALERIA:

Mini ananas, porcja jednorazowa, znika w 2 minuty, dłużej się obiera.

Jeden z moich lunchy – pomidorki, pół oliwkowej buły posmarowanej zabranym z domu ziołowym twarożkiem, jogurt sojowy z prażonymi orzeszkami sojowymi – pyszka, tylko tak trochę oszukali, bo opakowanie było wypełnione najwyżej w połowie :/

W ostatni dzień wakacji zrobiłam sobie prawdziwą rozpustę – zjadłam na kolację CAŁĄ wielką paczkę roślinnych lodów. Miałam na nie strasznie ochotę, a nie mogłam znaleźć pojedynczych sztuk, więc.. cóż, pierwsze lody na wyjeździe, pierwszy raz w życiu na kolację i cała paczka. Smak polecam – naprawdę mega, chyba najlepsze lody, jakie jadłam, nie tylko za czasów mojego weganizmu.

Co natomiast przywiozłam? Powyższe produkty oczywiście można znaleźć w Polsce, jednak albo były o wiele tańsze, albo jeszcze ich w życiu nie próbowałam. Na przykład pierwsze na zdjęciu – płatki drożdżowe. Ja zawsze kupuję 100g po 20zł, kiedy na wakacjach upolowałam tyle samo za kwotę trzy razy mniejszą.

Granulat sojowy – dostępny w każdym, nawet najmniejszym markecie czy sklepiku. Kuleczki z tapioki – kiedyś testowałam kupny pudding, a nareszcie będę mogła zrobić swój, własnoręcznie. Makaron – bezglutenowy, wegański, w sumie zapomniałam już, z jakiej mąki, ale od dawna szukałam podobnego kształtu.

Słodkie? Oczywiście! Marcepanowy Ritter Sport, pierwszy raz próbowany, choć nie podbił mojego serca. Zdecydowanie wolę osobno i czekoladę, i marcepan – po opiniach natomiast spodziewałam się jakieś petardy :/ Obok takie dziwne coś o nazwie glukoza, w składzie 100% syrop kukurydziany, smak mega dziwny, choć zupełnie nie podobny ani do glukozy w tubkach, ani do tej pitej na badaniach na czczo. Jest.. nietypowy, a co ciekawe, ta tabliczka kosztowała tylko coś około 3-4zł. Na 100g ma 340 kcal, więc 2x mniej niż normalna czekolada. Dajcie znać, jeśli wiecie, o co z tym chodzi!

No i znany wszystkim krem a’la nutella z Valsoi, którego u nas w kraju nie widziałam, nigdy też nie próbowałam.. Nie mogło go oczywiście zabraknąć! „Testu Otwarcia Słoika” jeszcze nie było, ale z pewnością się pojawi – zapewne na moim IG 😉

Pierwsza w kolejce śmietanka sojowa, o której już był wpis, tutaj – na dodatek są dwa mega przepisy 😛 Obok napoczęta (a obecnie skończona) tradycyjna, rumuńska pasta – zacusca. O dziwo, ta słoiczkowa smakowała wspaniale, natomiast dwie jedzone na miejscu nie przypadły mi zbytnio do gustu. Może to dlatego, że w tamtych był zbyt mocno wyczuwalny bakłażan, z którym nie mam jakiś dobrych relacji.

Dalej widzimy dwa mleka – pierwsze, które podczas kupowania, poprzez grafikę wydawało się mieć smak morelowy (nie przeczytałam, tylko spojrzałam na rysunek ust-moreli) – inaczej na pewno bym go nie wzięła. Okazało się być ryżowo-migdałowe, skład dobry, ale smak niczym się nie wyróżniający spośród innych tego typu napoi. Natomiast jego mniejszy towarzysz podczas sesji, to dopiero mistrz! Kiedyś pisałam Wam o złotym mleku, a teraz okazuje się, że w Rumunii sprzedaje się je w kartonikach! Smaczne, choć bardziej czuć pieprz niż kurkumę, a na pewno lepsze byłoby sojowe (dodam, że mój egzemplarz ma ryżową bazę).

Tutaj zaś mamy ostatnie trzy produkty spożywcze – nie testowane jeszcze mini kiełbaski sojowe, więc o smaku jak na razie nie mogę się wypowiedzieć. Obok baton vegetal din tofu, który smakuje dokładnie jak pasztet z kurczaka! Serio! Znaczy, smakuje 100, 1000 razy lepiej! Mogłabym jeść z nim każdy chleb, mogłabym jeść go na surowo! To jest m-e-g-a.

Ostatnie żarełko też jeszcze nie wpadło na mój stół, a jest to wegański ser a’la mozzarella w plastrach. Test również będzie, jak nie tutaj, to na instastory rzecz jasna.

Oczywiście nie mogłam powstrzymać się, aby nie wrzucić tego zdjęcia. Kupiłam sobie jeszcze moździerz, który przyda się, gdyż a] nie posiadam takiego narzędzia i b] młynek się zepsuł, więc nie mam w czym mielić.. no, np. orzechów czy siemienia, kiedy potrzebuję do jakiegoś przepisu.

Najdziwniejszy natomiast jest sprzęt do tortur znajdujący się przy moździerzu. Tak, to druciane –> masażer głowy! Razem z Rodzicami na początku byliśmy sceptycznie przekonani do owego ustrojstwa, jednak kiedy pani sprzedawczyni pokazała nam, jak to działa – uczucie było takie wspaniałe, że wzięliśmy bez namysłu 😉 Jeśli macie okazję takie kupić – bierzcie, bierzcie czym prędzej!


Uff.. napisałam się! To by było na tyle, mam nadzieję, że choć jedna osoba dotrwała do końca i przeczytała te ponad 1600 słów. Trzymajcie się i pamiętajcie – wysyłka do mnie tych pysznych batonów ze zdjęcia wyróżniającego zawsze mile widziana 😀 Aha, no i miłego dnia!