Tłoczony z nasion słonecznika – olej o subtelnym smaku, delikatnym zapachu.

Kiedy na blogu pojawił się niecałe dwa miesiące temu świetny post na temat dwóch pysznych produktów: nasion słonecznika oraz masła z nich od razu wiedziałam, iż na pewno kolejnym bohaterem będzie olej. Długo zastanawiałam się, jak podejść do tego wpisu, zajęło mi tu zużycie prawie całej, poniższej buteleczki 😉 Jak wiecie już dobrze, słonecznik to duże, żółte kwiaty o wysokich, grubych łodygach, a każda pesteczka posiada swoją osobną łupinkę. Pochodzi on natomiast z Ameryki Północnej, jednak obecnie hodowany jest na całym świecie.

Powstaje poprzez proces tłoczenia nasion. Kiedy nie następują po nim żadne inne czynności mówimy wtedy o oleju z pierwszego tłoczenia, inaczej nierafinowanym. Taki jest rzecz jasna najzdrowszy, posiada subtelny smak, zapach oraz pełnię właściwości – nie powinien być jednak również i przez nas podgrzewany. Gdy natomiast zostanie poddany jeszcze dodatkowym procesom, wtedy mówimy o oleju rafinowanym. Pozbawiony on jest większości walorów zdrowotnych, ma jednak znacznie przedłużoną trwałość, odporność na działanie czynników zewnętrznych, temperaturę, a także zwiększony termin przydatności. Ja jestem osobiście wielką zwolenniczką olejów nierafinowanych, ze względu na to, iż po pierwsze są zdrowsze, po drugie zaś bardzo cenię je za niepowtarzalny aromat. Takim też dzisiaj się zajmę, co zauważycie podczas opisywania jego własności.

Dzisiejszy bohater znajduje się w ciemnej buteleczce, powinien również przechowywany być w lodówce lub chociażby w chłodnym, zaciemnionym pomieszczeniu, spożyty natomiast w niezbyt długim czasie po jego otwarciu. To wszystko, aby nie stracił swoich cennych właściwości, które poznacie w kolejnych akapitach. Po odkręceniu nakrętki od razu czuć wydobywający się z niego subtelny, delikatny, nieco słodkawy zapach, który bardzo zachęca do chociażby samego „picia” takiego oleju. W smaku podobnie, pomimo faktu, iż stosowany powinien być głównie jako dodatek, można by nawet z przyjemnością sięgnąć po niego w czystej postaci. Łagodny, przyjemny dla gardła, lekko tłusty, wręcz idealny spośród znanych mi olejów.

Jak widzicie na zdjęciach poniżej, posiada jasnożółty, nawet nieco złoty kolor, delikatnie przezroczysty. Po wylaniu się odrobiny na np. blat, jego cząsteczki łączą się, trudno również zetrzeć je z danej powierzchni. Jak wszystkie tłuszcze jest nierozpuszczalny w wodzie, po kontakcie z nią wypływa na powierzchnię. Jedynie za pomocą emulgatora da się połączyć ów dwa składniki. Gdzie natomiast kupić olej słonecznikowy? Rafinowany dosłownie wszędzie, począwszy od mniejszych marketów, przez sklepy czy nawet hurtownie, a jego cena nie powinna przekraczać 5 złotych za litr. Tłoczony na zimno nabywamy jednak „w pakiecie” z całą gamą jego właściwości, kosztuje ok. 10 zł za 250 ml, jednak w internecie znalazłam naprawdę różne ceny. Dostępny jest na BIO działach, w ekologicznej żywności czy lepiej zaopatrzonych spożywczakach. Pamiętajcie tylko, aby wypatrywać go głównie w lodówkach – to bowiem najczęstsze miejsce występowania oleju słonecznikowego tłoczonego na zimno 😉

Zanim przejdziemy do wartości odżywczych produktu, spójrzmy może na poniższą etykietę – co pisze o nim sam producent? Informuje on nas o wysokiej zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych (czym one są, o tym dowiedzieć możecie się  najnowszego „Kompendium Roślinożercy”, gdzie bliżej poruszyłam temat tłuszczy właśnie), wynoszącej 90%, 67% kwasów omega-6, czyli kwasu linolowego. Dodatkowo dowiadujemy się, że jest on konieczny w profilaktyce chorób układu krążenia, przeciwdziała wysokiemu poziomowi cholesterolu czy miażdżycy. Należy jednak pamiętać, aby spożywać go w odpowiednich proporcjach. Na etykiecie widnieje też informacja, gdzie najlepiej smakuje, iż nie jest przeznaczony do podgrzewania, a na dnie pojawić się może naturalny osad.

Dobrze, więc teraz wartości odżywcze. Dane te wzięłam wprost z opakowania. Jak pewnie widzicie, olej słonecznikowy to tylko i wyłącznie same tłuszcze. Produkt ten jest wegański, bezglutenowy, tłoczony na zimno – również witariański. Posiada zerowy indeks glikemiczny! Ów informacje pokazują jak na razie dzisiejszego bohatera w samym pozytywnym świetle. Czy tak jest naprawdę? Spójrzmy na przedstawione poniżej właściwości.

                 Kalorie          Białko        Tłuszcze          Węglowodany       Błonnik 

100 ml      819 kcal          0 g               91 g                  0 g                           —

 

Wracając do kwasów omega-6 w nim zawartych, jest ich zdecydowanie jednak za dużo, co do zalecanej proporcji w stosunku do omega-3, tych natomiast dzisiejszy bohater posiada jedynie znikomą ilość. Nadmiar ów pierwszych natomiast prowadzić może do chorób serca czy depresji – to wiecie jednak z poprzedniego tekstu, prawda? Dobra, skończmy może go oczerniać, olej słonecznikowy posiada również wiele zalet, w tym m.in. największą ilość witaminy E spośród wszystkich tłuszczy. Ona natomiast nazywana jest „witaminą młodości i płodności”, bowiem dzięki niej dbamy o prawidłową kondycję naszej skóry, nawilżamy ją zarówno od wewnątrz, jak i od zewnątrz, zapobiegamy powstawaniu wolnych rodników, starzeniu się, likwidujemy zmarszczki. Z tego też powodu nasz bohater posiada ogromne zastosowanie także w kosmetyce, o czym dowiecie się z kolejnych akapitów owego tekstu, a także poznacie, jak ja go wykorzystałam podczas produkcji własnych, domowych specyfików.

Jednak stanowi on także istną skarbnicę fitosteroli. Walczą one z odkładającymi się w naczyniach krwionośnych złogami cholesterolu, obniżają jego poziom, zapobiegają miażdżycy. Należy jednak pamiętać tutaj – co wspominałam w poście o samych pestkach – iż nie należy z nimi przesadzać. Ilość przewyższająca 3 gramy dziennie może bowiem negatywnie wpłynąć na zdrowie.

Olej słonecznikowy dodatkowo dodaje nam dużej ilości energii, odżywia od wewnątrz nasz organizm, poprawia samopoczucie, podnosi efektywność pracy zarówno fizycznej, jak i umysłowej. Działa antynowotworowo, poprawia trawienie, wzmacnia odporność, zapobiega przeziębieniom, osłabieniu organizmu czy zmęczeniu, bólom głowy, migrenie, także astmie, posiada właściwości przeciwzapalne, ten tłoczony na zimno ma charakter zasadowy, dlatego alkalizuje, odkwasza organizm.

Olej słonecznikowy kulinarnie:

Tutaj wykorzystuje się go przede wszystkim tak, jak inne oleje: zarówno w koktajlach, napojach, na słodko czy wytrawnie. Radzę jedynie pamiętać o raczej niepodgrzewaniu nierafinowanego do wysokich temperatur, choć czasami sama nie mogę powstrzymać się przed stworzeniem delikatnego, słonecznikowego posmaku w omlecie bądź na naleśnikach 🙂 Poniżej kilka przykładów zastosowania:

  • tłoczonego na zimno: dressingi, dipy do sałatek, koktajle, smoothie, napoje, jako zamiennik masła na kanapkach, aby dodać do twarożku, mleka roślinnego, zupy, sosu, owsianki czy papki (pod koniec gotowania), kaszy, ryżu (już tuż przed podaniem), z warzywami, owocami, w słodkiej polewie,
  • oraz rafinowanego: ciasta, pieczywo, ogólnie: wypieki, placki, placuszki, omlety, dania smażone, do obsmarowania warzyw np. na frytki, podsmażenia cebulki/cukinii/płatków itp., zatopienia w nim pączków, faworków bądź frytek, podpieczenia czegoś

Co ja z niego przyrządziłam? Najbardziej polecam oczywiście przepis, w którym całość tak naprawdę nieco nawet „pływa” w dzisiejszym bohaterze. „Owsianka mleczna” to pyszny, czekoladowo-kokosowy, kremowy słoik –> zawartość z pewnością (jak mnie) oczaruje i Was swoją strukturą, smakiem oraz konsystencją. Przepis oczywiście poniżej, powyższe zdjęcia przedstawiają natomiast omleta-grubaska a’la kanapkę, z tofu-twarożkiem i świeżymi warzywami, a także słój wypełniony po brzegi śmietankową owsianką, podwójnie orzechową, z czekoladą oraz daktylowym karmelem. Również rozpływa się w ustach 😀

Wspominałam już, iż olej słonecznikowy (zwłaszcza ten tłoczony na zimno) to także świetny wzmacniacz surówek? Jeśli nie, musicie wiedzieć, iż właśnie w tłuszczach rozpuszczają się witaminy A, D, E oraz K, a także lepiej przyswajają minerały, zawarte głównie w warzywach i owocach. Toteż na samym dole możecie zauważyć urywek z mojego instagrama (na którego zapraszam 😉 ), gdzie właśnie takową surówkę prezentowałam: klasyk ze startej na grubych oczkach marchwi, jabłka, wzmocnionego posiekanymi morelami dla przełamania tradycyjnego smaku, rzecz jasna również z naszym dzisiejszym bohaterem. Prosto, szybko, smacznie, tanio i zdrowo – czyli chyba tak, jak każdy lubi najbardziej.

Kosmetyczne zastosowania dzisiejszego tłuszczu:

  • płyn do demakijażu na bazie naparu rumiankowego, z mieszanką po kilkanaście mililitrów: oleju słonecznikowego, oleju ze słodkich migdałów oraz oliwy z oliwek
  • maść do ust a’la wazelina (mieszanka olejów, olejki eteryczne, wosk candedilla)
  • krem do rąk słonecznikowo-rumiankowy
  • na zdjęciach nie ma jeszcze maseczki do włosów z 2 łyżek owego tłuszczu + takiej samej ilości syropu klonowego, którą trzymałam na włosach 20-25 minut; czuły się po niej świetnie, naprawdę odżywione, a jak całość pachniała! koniecznie muszę wykonać ją również w najbliższą sobotę 😉

Dodatkowo próbowałam też ssać olej słonecznikowy, tak jak na co dzień robię to z kokosowym. Bardzo podoba mi się jego posmak, jednak po kilku razach stwierdziłam, iż zbyt go lubię, aby codziennie wykorzystywać aż łyżeczkę. Często natomiast zwyczajnie zamieniam „materiał do ssania”, raz używając właśnie dzisiejszego bohatera, czasami sezamowego, rzepakowego bądź innego obecnie posiadanego – kokosowy mimo wszystko zdecydowanie tutaj przeważa.

Jego też wolę do smarowania ust bądź kremowania rąk/ciała, albowiem posiada stała wygodniejszą w użytkowaniu konsystencję. Dopiero jednakże zagłębiam się w temat „olejowania” i być może okaże się, iż do mojego typu skóry bardziej sprawdzi się jakiś inny, może i słonecznikowy. Jak na razie zdążyłam zauważyć, że zdecydowanie bardziej odpowiada jej taka naturalna pielęgnacja, w przeciwieństwie do kremów czy innych chemikaliów. W sumie, dzisiejszy bohater to również popularny składnik właśnie wielu sklepowych, gotowych już kremów, odżywek, szamponów, peelingów bądź masek do włosów, ja jednak jestem zdecydowaną zwolenniczką tym domowych, naturalnych – zwłaszcza, gdy ich przygotowanie w większości jest bardzo proste i nie wymaga użycia trudno dostępnych składników.

Owsianka mleczna
Wydruk przepisu
Czekolada w dwóch mlecznych wersjach ze słodkim, słonecznikowym, aromatycznym fragmentem
Porcje Czas przygotowania
1 porcja 25 minut
Porcje Czas przygotowania
1 porcja 25 minut
Owsianka mleczna
Wydruk przepisu
Czekolada w dwóch mlecznych wersjach ze słodkim, słonecznikowym, aromatycznym fragmentem
Porcje Czas przygotowania
1 porcja 25 minut
Porcje Czas przygotowania
1 porcja 25 minut
Składniki
Porcje: porcja
Sposób przygotowania
  1. Płatki zalewamy wrzątkiem, trzymamy do zabulgotania na średnim, a następnie 7-9 minut na małym ogniu (pod pokrywką). Po tym czasie masa powinna być dość mocno gęsta. Jej 1/3 odkładamy na bok w taki sposób, aby nie wystygła, gdy będziemy kończyć nasze danie.
  2. Połowę pozostałej owsianki dzielimy na 2 części, z czego jedną przekładamy do drugiego rondelka. Obie gotujemy, mieszając regularnie, jeszcze 3-5 minut pod przykryciem: pierwszą z mleczkiem kokosowym oraz czekoladą, drugą natomiast - ze śmietanką i 25 gramami kremu.
  3. W międzyczasie w osobnej miseczce mieszamy ze sobą syrop + olej. Teraz szykujemy ulubiony, wysoki, szklany słoik, w którym będziemy jeść posiłek. Na jego dno kładziemy połowę "neutralnej" owsianki, sos słonecznikowy, pozostałą papkę. Kolejno układamy 3 kostki czekolady z masłem orzechowym.
  4. Wylewamy śmietanowo-kremową masę, układamy czekoladę z marcepanem. Dalej ląduje kokosowo-czekoladowa owsianka. Ja wierzch udekorowałam jeszcze kawałkiem czekolady gorzkiej i częścią z 25 gram kremu, odłożonymi podczas dodawania ich do poszczególnych rondelków.
  5. Pozostałe 15 g słodkiej pasty natomiast odmierzamy na długiej łyżeczce i wkładamy do słoika, sięgając nią dna (może zobaczycie to na zdjęciu 😉 ). Zajadamy koniecznie gorące, jednak po odczekaniu chwilki, aż czekolady wewnątrz rozpuszczą się. Smacznego 😛 !!
Pozostałe informacje

Znowu zmieściłam się w niecałym tysiącu kalorii 😉 To chyba jedynie dlatego, że ja do przygotowanych wcześniej dań lubię jeszcze dołożyć sobie nieco np. masła orzechowego, tahini bądź używanego dziś kremu. Czasem widzicie to pewnie na zdjęciach w postaci takich "prześwitów" znajdujących się w danej potrawie, a pochodzących ze składników, których w niej nie wykorzystałam. Po pierwsze robię tak dlatego, że Was nie chcę "utuczyć" równie mocno, jak siebie. Po drugie natomiast sama zachęcam do dodawania własnych, ulubionych elementów i urozmaicania tego swojego posiłku, takiej zabawy nim 😉

Tutaj natomiast - w wersji 100-%-owo oryginalnej - mamy sporo tłuszczy (olej, czekolada, tłusta śmietanka oraz kokosowe mleczko), jednak po ostatnim tekście z pewnością wiecie, iż nie należy się ich bać - wręcz przeciwnie, są zdrowe, wskazane, a przede wszystkim KONIECZNE dla prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu. Porcję węglowodanów natomiast w owsiance czerpiemy głównie z płatków (złożone), syropu oraz kremu (cukry). W całym daniu znajdzie się jeszcze odrobina białka, jednak nie ma ono swojego głównego źródła - jest go tutaj bowiem bardzo malutko. Sprawdzi się ono fajnie jako sycący, porządny posiłek przed-, a jeszcze bardziej: po-treningowy. Poniżej rozkład makroskładników 😉 :

  • 974 kalorie
  • 13,65 gram białka
  • 62,79 gram tłuszczy
  • 83,5 gram węglowodanów

Słoneczne podsumowanie:

  • olej ten powstaje poprzez tłoczenie nasion słonecznika, czyli pochodzącej z Ameryki Północnej, a obecnie rozpowszechnionej na cały świat rośliny
  • jest żółty, lekko przezroczysty, posiada delikatny, łagodny, nieco słodki, subtelny smak i zapach
  • ze względu na proces rafinacji bądź jego brak, produkt ten dzieli się na tłoczony na zimno oraz rafinowany – ten pierwszy nie został pozbawiony swoich właściwości, nie może jednak być poddawany wysokim temperaturom (np. podczas smażenia)
  • posiada on również wyższą cenę, wynoszącą ok. 10-12 zł za 250 ml; rafinowany natomiast kosztuje jedynie ok. 6 zł za litr, jest też zdecydowanie bardziej dostępny
  • olej słonecznikowy tłoczony na zimno powinien być przechowywany najlepiej w lodówce, bez dostępu światła; to produkt witariański, kiedy jego rafinowany „kuzyn” jest jedynie wegański + bezglutenowy
  • oba zaś posiadają zerowy indeks glikemiczny, a składają się jedynie z samych tłuszczy – to istne bogactwo witaminy E oraz fitosteroli
  • spożywanie, jak i stosowanie powierzchowne oleju słonecznikowego pomaga zachować zdrowy, młody wygląd skóry, jej nawilżenie, zapobiega powstawaniu zmarszczek oraz tworzeniu się wolnych rodników, także procesom starzenia
  • dodatkowo dzisiejszy bohater dodaje nam sporej ilości energii, odżywia od wewnątrz nasz organizm, poprawia samopoczucie, podnosi efektywność pracy, działa antynowotworowo, poprawia trawienie, wzmacnia odporność, zapobiega przeziębieniom, bólom głowy, astmie, posiada właściwości przeciwzapalne, a dzięki zasadowemu odczynowi – tłoczony na zimno – również działa alkalizująco
  • jego podstawowa wada to natomiast ogromna ilość kwasów omega-6 porównaniu do omega-3; tych drugich zaś powinno być w naszej diecie zdecydowanie więcej: proporcja 5:1
  • olej słonecznikowy ma szerokie zastosowanie w kosmetyce, jest częstym składnikiem kupnych specyfików – ja jednak polecam wykonywać je samemu, w domu zwłaszcza, iż ich przygotowanie zazwyczaj nie jest trudne ani skomplikowane
  • dzisiejszego bohatera można również ssać (na czczo, po ok. 15 minut dziennie) oraz kremować bądź olejować nim twarz/dłonie/ciało
  • powyżej wpisałam też jego kulinarne „możliwości”, moim faworytem w tej kategorii jest zdecydowanie dodanie go do gotowych już owsianek – tak, jak zrobiłam w przepysznym przepisie na „Owsiankę mleczną”
  • wykorzystując olej słonecznikowy w kuchni należy jednak pamiętać o niepodgrzewaniu tego nierafinowanego w razie możliwości, a do smażenia oraz wypieków używania jedynie poddanego wcześniej  procesom rafinacji

Surówki ➡ nie tylko jako mały dodatek do obiadu, są również świetną opcją na przekąskę, kiedy składać będą się nie z samych jedynie warzyw i owoców, lecz także odżywczych dodatków oraz – koniecznie – źródła tłuszczu umożliwiającego, polepszającego wchłanialność witamin 😉 . U mnie klasyk: tarte na grubych oczkach: marchew, jabłko 🍎przełamane smakiem wyrazistej moreli suszonej, niesiarkowanej 🍑 z delikatnym w smaku, subtelnym olejem słonecznikowym 🌻 idealna do lunchboxa! . Jeśli w takim daniu za mało dla Was słodyczy, świetnie sprawdzi się melasa karobowa 😋 jej 40 g zaspokaja dziennie zapotrzebowanie dorosłego człowieka na wapń oraz zawiera tyle żelaza, co 9 jaj 🍳 Skąd to wiem? 😮 od wczoraj bowiem na blogu tekst o niej 🔚 z przepyszną, ciepłą jeszcze „Karobianką” w przepisie 💖 . Jaka jest Wasza ulubiona surówka? Wolicie tradycyjne połączenia czy może nowoczesne, nietypowe mixy smaków? 😊 ja właśnie zaraz zabieram się za swoją! Spokojnego czwartku 🐽🐖

Post udostępniony przez Agnieszka Gajda (@calisthenics_grl)