Wilno oczami weganki: zobaczone, zjedzone, przywiezione

Hejka! Jak zapewne wiecie – czy to z bloga, facebooka lub instagrama – ostatnio byłam na 4-dniowej, króciutkiej podróży do stolicy Litwy, czyli Wilna. Był to dla mnie wyjazd-zagadka, ponieważ powiedziałam Rodzicom, aby cel wyprawy trzymali w tajemnicy, a ja jedynie mogę się domyślać. Chciałam taką niespodziankę już od dłuższego czasu, jednak za każdym razem ktoś musiał po prostu się wygadać. Teraz zaś się udało, praktycznie do połowy drogi „nie wiedziałam”, gdzie się wybieramy. Choć można powiedzieć, że zgadłam – gdyż Wilno właśnie było na drugiej pozycji miejsc, jeśli by wziąć pod uwagę moje domysły. W sumie nie przedłużam już, tylko zapraszam na krótką opowieść, jak spędziłam czas w tym mieście.

Moje dni na Litwie, czyli już tylko piękne wspomnienia..

W piątek dowiedziałam się, iż wyjeżdżamy w niedzielę, z samego rana. Mogłam ustalić poranny czas tak, aby jeszcze zdążyć wykonać trening i przygotować się do podróży. Drogi na szczęście były czarne, pogoda dobra, praktycznie brak korków. Po wakacyjnej podróży do Lwowa doceniłam przekroczenie granicy bez żadnych utrudnień, kiedy to spędziliśmy tam kilka godzin! Okazało się też, że czytanie w samochodzie nie sprawia (jak jeszcze parę lat temu), iż mocno kręci mi się w głowie i robi się niedobrze – dlatego nie nudziłam się aż tak bardzo podczas samej jazdy.

Wliczając przestawienie zegarków o godzinę do przodu, w naszym hotelu byliśmy ok. 18-19. Sam apartament okazał się cudowny! Tata znowu nas zaskoczył, mieliśmy kilka pokoi + aneks kuchenny. Nie było co martwić się o brak miejsca do ćwiczeń 😉 Nawet nie chciało się z niego wychodzić, poszliśmy jednak na krótki spacer po najbliższej okolicy. W sumie ogólnie nie oddalaliśmy się zbytnio od hotelu w trakcie pieszych wędrówek, gdyż znajdował się on praktycznie w samym centrum Starego Miasta. Następnego dnia zeszliśmy na śniadanie. Tutaj też dla mnie szok, ponieważ nie dość, iż były one serwowane, to jeszcze w menu sporo wegańskich opcji. Jak widzicie na zdjęciach, zamawiałam głównie owsiankę na mleku sojowym z dżemem lub mieszankę musli, do tego owocową sałatkę, sok bądź warzywne smoothie.

Pierwszego dnia zwiedzaliśmy zwłaszcza najbliższe okolice, chodząc po dworze. Byliśmy m.in. w masie kościołów, pod Ostrą Bramą czy w Republice Uzupio, zobaczyliśmy także wystawę poświęconą bursztynom. Nie uwierzycie, jak wiele jest w Wilnie sklepów zarówno z nimi, jak i z lnianymi tkaninami! Tego dnia było najzimniej, okazało się też, że moje ogrzewacze do stóp nie działają obiecywanych przez producenta 5 godzin, a naprawdę bardzo krótko. To jeszcze nic! Kiedy się nie ruszasz, już wyczerpują całą swoją moc :/ Obiad zjedliśmy natomiast w litewskiej knajpce, gdzie zamówiłam „rozpoznaną” po składzie, roślinną opcję (poniżej), czyli sałatkę przede wszystkim z buraków, fasoli, ogórka kiszonego, nasion + oleju z konopii, do tego 100% żytnie na zakwasie pieczywo i herbata „jak u babci”, czyli zwyczajny.. kminek zalany wrzątkiem.

W pozostałe dni też zamawialiśmy obiady na mieście, jednak tym razem już nie znalazłam niczego w karcie, dlatego prosiłam kelnera o przygotowanie czegoś wegańskiego. Raz dostałam przepyszne pieczary portobello, faszerowane warzywami, z rukolą, sosem balsamicznym oraz pieczywem -> mogliście widzieć je już na instagramie. Powyżej natomiast bardzo, bardzo gorące danie, czyli duszone warzywa: kartofle, papryki, marchewka, groszek, cukinia.. Oprócz tego na Litwie wypiłam tyle herbaty, ile nie udało mi się przez całą zimę w Polsce!

Drugiego dnia poszliśmy zobaczyć pomnik z trzema krzyżami, gdzie pracowała jakaś ekipa filmowa. Odwiedziliśmy też muzeum z ubraniami pochodzącymi z różnych epok, chyba najważniejszą budowlę – zamek, muzeum sztuki sakralnej, byliśmy także w kościele pod koniec już mszy, którą ksiądz odprawiał w języku litewskim. Ostatni dzień spędziliśmy na samochodowej wycieczce na grób z sercem Józefa Piłsudskiego, jednak głównym celem był zamek w Trokach, położony na jeziorze. Obecnie było ono zamarznięte, widzieliśmy też sporo ludzi przechodzących przez nie. Ja jednak wolałam nie ryzykować 😉 Po powrocie natomiast udaliśmy się dodatkowo na krótki spacer, rankiem zaś wstąpiliśmy jeszcze do znajdującego się praktycznie naprzeciw naszego hotelu muzeum Adama Mickiewicza.

Następnego dnia trzeba było wyjeżdżać, dlatego już bardzo wcześnie zjedliśmy śniadanie. Dzięki zmianie czasu, a także czystym drogom oraz – pomimo godzin szczytu – ominięciu Warszawy bez korków, udało nam się być w domu przed siódmą wieczór! A Tata straszył nas, że możemy dojechać nawet po dziesiątej! Sama uważam ten wyjazd za naprawdę fajny i udany, szkoda tylko, iż ferie się skończyły, teraz zaś można jedynie wspominać. Poniżej jeszcze widzicie, jak wyglądała zazwyczaj moja kolacja: owsianka z kubka z litewskimi dodatkami, wszystkie je krótko zrecenzuję poniżej.

💕 Nie spodziewałam się, że nasz hotel okaże się być taki fajny 😊 Tata z każdym wyjazdem znajduje nam coś lepszego ➡ przecież ten apartament jest ogromny, a ja się bałam, że nie będę miała rano gdzie ćwiczyć! 🏨 Dzisiaj cały dzień praktycznie byliśmy poza nim, przetestowałam kupione w Decathlonie ogrzewacze do stóp 👣 po 3-4 godzinach jednak przestają działać, więc i tak zmarzłam 😨 w końcu jest -9°!! Na szczęście teraz siedzę sobie w fotelu, jest ciepło, przyjemnie i miło 💕 . Od rana natomiast Wy możecie pocieszyć się nowym tekstem na blogu, który co prawda pisałam wcześniej, a dziś tylko kończyłam oraz dopieszczałam 😇 jak wiecie zapewne ze Stories, jest on o 🌽🌽🌽 (niekoniecznie takich zdrowych i pożywnych) płatkach kukurydzianych 🔜 przepis zaś przepyszny 😋 . #litwa #lithuania #wilno #vilnius #podróże #travel #poniedziałek #monday #hotel #zima #winter #oatmeal #owsianka #dżem #jam #owoce #fruits #veganbreakfast #śniadanie #style #instaphoto #best #herbata #tea #nowypost #newpost #płatki #cereals

Post udostępniony przez Agnieszka Gajda (@calisthenics_grl)

„Mały” haul zakupowo-jedzeniowy 😉

Jak się domyśliliście pewnie, w litewskich restauracjach nie ma zbyt wielu roślinnych opcji, w większości trzeba pytać o zrobienie jakiegoś wegańskiego dania. Pomimo spacerów po mieście nie natrafiłam na żadną knajpę typowo vege, nie znalazłam też ani jednej burgerowni czy bistra z opcjami dla roślinożerców. Często jednak można spotkać się z typowymi BIO sklepami, gdzie znajduje się szeroki wybór roślinnej żywności, jest też wiele miejsc nastawionych na zero waste, z którymi nie miałam jeszcze do czynienia w naszym kraju.

Zwykłe sklepy spożywcze natomiast nie mają na tych polach szerokiej oferty, jednak im on większy, tym również ich wybór wzrasta. Oprócz przywiezionych/zjedzonych przeze mnie, na pewno wszędzie (nawet w najmniejszym markecie) da się dostać mleko roślinne, pełno jest owsianek-gotowców (nie zawsze wegańskich), a także raw batonów. Zauważyłam, że w wileńskich sklepach bardzo dużą popularnością cieszą się produkty „foods by Ann”, większości z nich nie spotkałam nawet w Polsce. Często trafiałam również na przysmaki z Rossmanna, np. wafle ryżowe w czekoladzie firmy Enerbio!

Powyżej widzicie jedyne tofu, jakie znalazłam podczas czterech dni na Litwie. To ziołowe maleństwo ma tylko 150 g, jednak jest mniej więcej 2x bardziej kaloryczne od sporej ilości tych dostępnych u nas. W smaku dobre, takie twardsze i zbite – pewnie przez większą zawartość procentową samej soi. Obok natomiast słoik (obecnie uwielbiam słoikowe jedzenie!!) z hummusem. Był on dość dziwny, a to dlatego, gdyż nie zawierał w ogóle tahiny – zamiast niej zaś niezmielony sezam, którego nasionek znalazłam w paście mnóstwo.

Widoczne tutaj ciastka z siemienia lnianego, z pestkami dyni, a także.. smażoną cebulką, solą oraz kminkiem. Jak dla mnie przepyszne, szkoda tylko, że nie widziałam jeszcze takich w Polsce. Idealnie wypieczone, świetny skład i ta cebulka.. <3 Postanowiłam sobie kiedyś spróbować odtworzyć to cudo samodzielnie, choć i tak wiem, że mi nie wyjdzie równie dobre. Niżej zaś masło słonecznikowe, bardzo gładkie w konsystencji oraz rzadkie. O dziwo, ma prawie 100 kalorii mniej od tego opisywanego ostatnio na blogu! Jednak muszę przyznać, iż tamto „delikatnie crunchy” + gęściejsze zdecydowanie bardziej przypadło mi do gustu 😉

Poniżej zaś coś, co w pewnym sensie podbiło moje serducho. W zwykłym spożywczaku znalazłam ten po prawej, jako jedyny wegański, natomiast sklep ze zdrową żywnością obfitował w różne smaki tych po lewej -> ja zdecydowałam się na waniliowy. Owe maleństwa to nic innego, jak serniczki z tofu, w polewie czekoladowej. Naprawdę, odkąd przeszłam na weganizm nie jadłam nic, co smakowałoby bardziej niż owe ciasto! Nawet nie pamiętam sernika, który smakowałby sernikiem mocniej od waniliowej tofu-słodyczy. Niebo! Będąc na Litwie, kupujcie koniecznie!

Batonik raw proteinowy, z bananem oraz białkiem ryżowym, zjedzony przed zrobieniem zdjęcia. Była jeszcze opcja z surowym kakao, jeden natomiast kosztował aż dwa euro! Sama niezbyt lubię surowe batony, dla mnie to smakuje zawsze identycznie, zdecydowanie wolę sięgnąć po np. daktyle bądź figi w „czystej” postaci, a także orzechy w formie masła.

W markecie znaleziony ser wegański klasyczny od Violife. Już mam na niego parę pomysłów, w Polsce praktycznie ich nie kupuję, ponieważ nie są do dostania w popularnych, znajdujących się blisko mego domu, spożywczakach.

Tak samo zresztą, jak widoczna poniżej śmietanka owsiana. O dziwo, w wileńskich sklepach łatwiej zaopatrzyć się w śmietankę roślinną, niż w np. wegański jogurt bądź mleko. Ja wybrałam ten rodzaj, też już mam w głowie kilka opcji na jej wykorzystanie, choć jak na razie czeka w lodówce jeszcze nieotwarta.

I ostanie cudeńko, również „szczęśliwy traf”, gdzieś tam z tyłu jakieś półki.. Wegański, sojowy majonez! Szczerze, to kupiłam go tylko i wyłącznie z myślą o wykonaniu jedzonej w Bratysławie sałatki, którą bodajże pokazywałam Wam dość dawno już na swoim Instagramie. Mam jeszcze jeden przepis w głowie, tak więc majonezu nie otwieram, aż nie znajdę wszystkich potrzebnych do nich składników 😉

To w sumie całość moich litewskich zakupów 😀 Wiecie, tam każda rzecz kosztuje praktycznie dokładnie tyle, co w Polsce. Jedyna różnica, to „końcówka” -> u nas „zł”, u nich zaś „€”. Nie mogłam więc namawiać zbytnio Rodziców, bo i tak sporo trzeba zawsze płacić za całość pobytu, prawda?

Kilka słów na koniec:

Cóż, było (świetnie) – minęło. Jutro idę do szkoły pierwszy dzień po feriach i tak jakoś w sercu głęboko zazdroszczę tym, którzy właśnie je zaczynają. Najbliższe wolne to w sumie chyba Wielkanoc, a wiadomo, że święta to nie taki prawdziwy odpoczynek. Będę z pewnością tęsknić za Wilnem, naszym hotelem, w ogóle zwiedzaniem, pysznym jedzonkiem oraz możliwością wykonania z rana całego treningu. Czy polecam wyjazd do stolicy Litwy? Zdecydowanie zwłaszcza, iż przez wiele lat należało do Polski – czego skutki z łatwością można zauważyć nawet teraz. Obecnie jest bardzo mocno odnawiane, my z Rodzicami mamy w planach przyjechać tam jeszcze raz wkrótce, tym razem jednak latem. Choć kto wie, kiedy to nastąpi? W końcu na świecie jest tyle pięknych miejsc do zobaczenia!

Wczorajszy obiadek 🐌 było już późno, my głodni, a w jedynej restauracji nic wegańskiego w menu, nawet dodatków w postaci ziemniaków bądź surówki 😕 poprosiłam więc Panią Kelnerkę, czy jest w stanie przyrządzić dla mnie jakieś roślinne danie 🌱 uśmiechnęła się i potwierdziła, a jakie pyszności przyniosła! (zdjęcie) 😀 po posiłku odparłam, iż zdecydowanie powinni dodać je do karty, aby inni weganie odwiedzający to miejsce mogli wybrać obiad dla siebie 💓 niesamowite, ile może dać miłe spytanie się + pozytywne podejście!! . Ja teraz wracam z Litwy niestety, ferie się kończą, a my przekroczyliśmy już granicę, cofnęliśmy zegarki ⌚o godzinę w tył i jesteśmy w Polsce 🚗 a późnym wieczorem już w domu! . Dziś podobno Tłusty Czwartek, ja chyba na pączka się nie załapię, gdzie w drodze znajdę przecież coś roślinnego? 🐮 Ale mam tutaj inne pyszności, za tymi słodkimi, tłustym kulkami też zbytnio nie przepadam, a kiedyś się tam nadrobi 👌 . Miłego (niekoniecznie tłustego) spędzenia dzisiejszego dnia 🌝🌞⛄

Post udostępniony przez Agnieszka Gajda (@calisthenics_grl)